Stare kroniki podają, że na początku XVI w. pierwszy z rodu Maltzanów objął rządy w Wolnym Państwie Stanowym drogą ślubu z hrabiną Ewą Popelią von Lobkowitz. Jej dziad, baron von Kurzbach chciał koniecznie powierzyć swoje posiadłości temu młodzieńcowi, gdyż uważał, że tylko on zdolny jest objąć i utrzymać Milicz w tych ciężkich czasach. Przez Śląsk przetaczały się wówczas zawieruchy wojenne i łupieżcze najazdy.
Kiedy młoda Ewa Popelia była pierwszy raz brzemienna, ukazał jej się we śnie skrzat. Opowiedział o rozciągającym się pod zamkiem królestwie gnomów, którego władczyni, podobnie jak Ewa, oczekuje potomka. Leżącej w łożu kobiecie przeszkadzał olej cieknący ze stojącej u wezgłowia lampy...
Kiedy następnej nocy sen powtórzył się, hrabina poleciła służbie przesunąć lampę. Jakież było jej zdziwienie, gdy w środku nocy, przy samym łożu pojawił się ów karzeł z sennej zjawy.
- Jutro rano znajdziesz pani na nocnym stoliku sznur pereł z krainy karłów - zwrócił się ku zdziwionej i przerażonej kobiecie. - Niezwykle to perły, ale nikt nigdy nie zgłębi tajemnicy ich budowy. Naszyjnik uchroni zamek przed pożogą i zniszczeniem, lecz tylko pod warunkiem, że zawsze będzie pozostawał w Miliczu. I tylko pani domu dostąpić może zaszczytu noszenia cudownego daru księstwa skrzatów - zakończył tajemniczy przybysz i zniknął.
I rzeczywiście - następnego ranka hrabina znalazła na nocnym stoliku naszyjnik...
Pozostawał on długo w rodzinie. Nosiła go również moja matka. Perły te odznaczały się osobliwą cechą. Zmieniały mianowicie od czasu do czasu kolor. Legenda mówi, że gdy jedna z pereł czernieje, to niechybny zwiastun śmierci w rodzinie. Tak zdarzyło się za czasów mojego ojca. Spostrzegłszy, że jedna z pereł strąciła blask i zmatowiała, postanowił sprawdzić prawdziwość legendy. Jego starania, czy i gdzie zmarł w Niemczech jakiś Maltzan, spełzły na niczym. Dopiero później dotarła do niego wiadomość, że w Nowym Jorku umarł któryś z Maltzanów. Okazało się, ze ów zubożały członek naszego rodu pożegnał się z życiem dokładnie wtedy, gdy perła z milickiego naszyjnika przyoblekła się w czerń. Zmiana barwy klejnotów nie była zjawiskiem stałym, gdyż po kilku tygodniach wszystko wracało do normy i perły przybierały poprzedni kolor - czy to żółtawy, czy różowy. Jedna z pereł miała rysę. Według legendy jeden z Maltzanów chcąc w pijackim amoku wydrzeć tajemnice budowy naszyjnika, usiłował roztrzaskać perłę. Grom, który z nagła uderzył w zamek, wzniecając w nim pożar, tak przeraził śmiałka, że natychmiast porzucił on myśl o mocowaniu się z tajemniczą siłą. Od tamtej pory przestrzegano przepowiedni i naszyjnik zawsze pozostawał w Miliczu - i pozostaje tam do dziś.
W trakcie ostatniej zawieruchy wojennej, w 1945 r., prawie wszystkie pałace w bliższej i dalszej okolicy zostały zniszczone, ale ten w Miliczu ocalał.
Tłumaczenie Ireneusz Kowalski





