Pewnego wrześniowego dnia 1709 r. ktoś nieśmiało zapukał do wrót dworu w Miłochowicach. Głośno zaczęły ujadać psy za murami. To uchodzący z Polski biedni wieśniacy szukali schronienia. Mężczyźni w wełnianych płaszczach i opończach byli kudłaci i zarośnięci. Kobiety w ręcznie dzierganych sukniach i kolorowych chustach trzymały na rękach dzieci, na plecach miały nieliczne tobołki. Wszyscy wyglądali na śmiertelnie zmęczonych.
W niedalekiej, umęczonej wojnami Rzeczypospolitej szalała zaraza zwana dżumą. Kiedy służba uchyliła drzwi i zobaczyła zabiedzonych, zawołano pana. Ten jednak - widząc okropną nędzę i czując groźbę zarazy - struchlał. Wilhelm Walter Kronek nie chciał i nie mógł przyjąć tych ludzi. Bezdusznie wskazał szpicrutą trakt i krzyknął po polsku:
- Precz! Dalej, dalej!
I wtedy Maria, najstarsza córka browarnika Michałka, rzuciła się do stóp szlachcica.
- Panie! Panie, miej litość! Przyjmijmy tych biednych pod nasz dach. Dajmy im pokarm i przyodziewek. Potem pójdą sobie dalej.
Dzięki jej błaganiom wędrowcy otrzymali dach nad głową i zajęcie w miłochowickim browarze. Aby zaraza nie rozprzestrzeniła się od obcych, kazano im się dobrze umyć w pobliskim stawie, a ubrania, które mieli na sobie, zakopać.
Ale ludzie pracujący w browarze popełnili z chciwości wielką nieostrożność. Postanowili odkopać brudne rzeczy i sprzedać na jarmarku, bo bieda wówczas była wielka. I stała się rzecz straszna... Pierwszą ofiarą dżumy był Józef Michałek oraz jego rodzina. Popadli w gorączkę i wkrótce ich ciała pokryły się bolącymi, ropiejącymi wrzodami. Ciała umierających przybierały czarną barwę.
- Diabeł zabiera ich do siebie - powiedziała stara kobieta ze wsi.
Zmarłych nie chowano, jak to czyniono zwykle, na cmentarzu, przy drewnianej kaplicy św. Anny, ale grzebano w mogiłach zbiorowych, w leszczynowym lasku, przy drodze do Kaszowa. Aby położyć barierę szerzącej się zarazie, zaczęto palić całe domostwa, w których znajdowali się zmarli na dżumę. Wszędzie słychać było wycie psów przy tlących się jeszcze ruinach. Zmarli także mieszkańcy dworu. Czarna śmierć rozprzestrzeniła się aż do wsi Dąbrowa i pochłonęła w krótkim czasie prawie 200 ofiar.
W latach 1700-1721 wybuchła wielka wojna północna między Rosją a Szwecją, wplątana w nią została także Polska. Zmagania militarne, przemarsze wojsk, głód, kontrybucje, chaos polityczny i gospodarczy sprzyjały choro¬bom i epidemiom. W 1709 r., kiedy w Miliczu stawiano kościół łaski, w Miłochowicach wybuchła epidemia dżumy gruczołowej. Zaraza rozprzestrzeniła się szybko na terenie dominium Nowy Zamek - Wierzchowice, dziesiątkując ludność. Zmarli wówczas także synowie dziedzica tego władztwa. W roku 1717 przybity i zre¬zygnowany Maltzan sprzedał swoje dobra Nowy Zamek - Wierzchowice baro¬nowej Reichenbach z Kurowa. Faktem jest również, że wszyscy mieszkańcy wsi Dąbrowa zmarli na tę straszną chorobę. Wspomniany leszczynowy las był tzw. cmentarzem epidemicznym, gdzie chowano w zbiorowych mogiłach zmarłych na dżumę.
„Księga uposażeń biskupstwa wrocławskiego” z początku XIV w. wzmiankuje, że wieś Miłochowice miała dostarczać kościołowi 1 krowę i 1 świnię rocznie. Wskazuje to na rozwiniętą hodowlę zwierząt w okolicach grodu milickiego. Dokument z 1406 r. wylicza imiennie dwunastu gospo¬darzy i sołtysa w Miłochowicach.





