Niezależna Strona Milicza

  • Increase font size
  • Default font size
  • Decrease font size

Skrzypek i jego muza

Dziedzicem Wodnikowa Górnego był niegdyś pan, który miał piękną żonę. Zatrudniał on pomocnika do prowadzenia księg rachunkowych, który często i chętnie grał na skrzypcach. Był to wrażliwy i wykształcony młodzieniec. Za każdym razem, kiedy muzykował, na gzymsie okna ukazywała się delikatna, biała zjawa kobiety. Zwiewnie tańczyła w takt melodii. Kiedy muzyka zamierała i skrzypek odkładał instrument, duch kobiety znikał.

To cudowne zjawisko poruszało młodzieńca do głębi. Wiele czasu w ciągu dnia i nocy spędzał myśląc o tym. Zazwyczaj nie mógł doczekać wieczoru - tak pragnął znów ujrzeć swą zjawę.

Doszło w końcu do tego, że zaczął zaniedbywać swoje obowiązki. Zdarzyło się, że pewnego dnia dziedzic odkrył, iż księgi rachunkowe jego dóbr są niestarannie prowadzone. Pełno było w nich pomyłek i nieścisłości. Przewracał kartkę za kartką i nie wierzył własnym oczom - tyle tam było błędów. A że był człowiekiem wybuchowym, wpadł w straszną wściekłość. Z furią wybiegł z budynku. Kazał przywołać muzykalnego rachmistrza. Gdy ten zjawił się przed dziedzicem, nastąpiła okropna awantura. Pan obił laską młodzieńca, wrzeszcząc nań i poniżając przy wszystkich ludziach.

Gdy minęła złość szlachcica, a rany wrażliwego muzyka uległy zagojeniu - coś nie dawało mu spokoju i targało duszą. To upokorzenie tkwiło jak cierń w sercu skrzypka. Przestał wychodzić z domu, wstydził się pokazać ludziom.

- Lepiej skończę ze sobą, niż mam żyć z piętnem takiej hańby - myślał.

Wieczorem zamknął się w pokoju. Przerzucił sznur przez hak w suficie i założył sobie pętlę na szyję. Nie namyślał się długo, odepchnął taboret, na którym stał. Bezwładne ciało jeszcze chwilę wstrząsane było konwulsjami.

Rano daremnie czekano na młodzieńca. Nikt nie odpowiadał na pukanie i w końcu drzwi wyważono siłą. Znaleziono wiszące zwłoki.

Dom okrył się żałobą. Kiedy ciało nieszczęśnika złożono już w grobie, w dworze i dworskim parku zaczęły dziać się dziwne rzeczy. O północy można było zobaczyć białą zjawę kobiety, błąkającą się to tu, to tam i szukającą czegoś. Grozę potęgował towarzyszący temu szczęk łańcuchów. Ktokolwiek napotkał ducha - stawał skamieniany. Przerażenie wypełniało serce, ręce i nogi odmawiały posłuszeństwa. Nie można było się ruszyć. Dopiero z wybiciem godziny pierwszej po północy urok ustawał i człowiek był uwolniony.



Wieś należała niegdyś do biskupstwa wrocławskiego. W XVIII w. stanowiła własność rodziny von Gfug, która miała tu dwór i folwark. Od 2 poł. XIX w. do 1945 r. mieszkała tu rodzina Schrape, która wzniosła w 1912 r. istniejący do dziś pałac.