Niezależna Strona Milicza

  • Increase font size
  • Default font size
  • Decrease font size

Kobziarz z Latkowa

Kiedyś w Latkowie mieszkał stary muzyk, który wspaniale grał na kobzie. Był znany i ceniony w całej okolicy, dlatego zapraszano go od lat na potańcówki, wesela i chrzciny.

Zarabiał sporo pieniędzy swoją grą, ale był sknerą. Im więcej talarów zgromadził - tym więcej pożądał. Jeszcze bardziej chciwa była jego żona. Kobziarz był człowiekiem butnym i zarozumiałym. Zwykł powtarzać, że sam diabeł nie zagrałby lepiej od niego.

Pewnego razu Jopek, bo tak nazywał się muzyk, wracał z wesela we Wrocławicach. Wybiła północ. Przechodził właśnie przez las, kiedy z nudów postanowił zagrać sobie parę wesołych kawałków. Skoczna melodia popłynęła w ciemną noc. Ale nie trwało długo, jak wydało mu się, że z przeciwnej strony idzie ktoś i też gra na kobzie.

W muzyku obudziła się ambicja. Na spotkanie obcego postanowił zagrać najpiękniejszą melodię, jaką zna. Ale mu nie wyszło. Musiał przyznać, instrument rywala był o wiele lepszy. Także melodia, którą tamten grał była piękniejsza.

Las się przerzedzał. Widać było księżyc. I w tym momencie Jopek ujrzał obcego muzykanta. Był to człowiek rosły, o krogulczym nosie i przenikliwym spojrzeniu. Na głowie nosił kapelusz przystrojony w czerwone kogucie pióra, przez ramię przewieszoną miał nową kobzę ze srebrnym ustnikiem. Wymienili ukłony. Jopek zapytał obcego, skąd i dokąd zmierza. Ten odpowiedział, że idzie z Wielkopolski i przebywa tu w interesach. Wyrabia sam instrumenty i je sprzedaje.

- Chyba ubiję interes - pomyślał Jopek. Zapytał obcego, czy nie zechciałby sprzedać swojego instrumentu.

Przybysz zaproponował kobziarzowi z Latkowa, aby wypróbował instrument, by wiedział, co kupuje. Ten radośnie chwycił kobzę i zaimprowizował piękną melodię. Był oczarowany instrumentem i własną grą. Zapytał o cenę. Obcy nie chciał wszystkiego w gotówce, więc Jopek oddał mu swoją kobzę i pieniądze, które zarobił tego wieczoru.

Jego twarz promieniała radością. Z takim instrumentem zapędzę w kozi róg wszystkich muzykantów w okolicy - myślał. Dobili targu i każdy ruszył w swoją stronę.

Po powrocie do Latkowa kobziarz powiesił instrument nad łóżkiem i uszczęśliwiony położył się spać. Skoro świt obudził żonę i opowiedział jej nocną przygodę. Kiedy ta spojrzała w górę ujrzała, o zgrozo! - zamiast kobzy - ludzką kość! Muzyk wrzasnął śmiertelnie przerażony. Poczuł, jak po plecach przechodzą mu ciarki. Przeżegnał się. Teraz zrozumiał, że miał do czynienia z diabłem.

- Dałeś się wyprowadzić w pole, straciłeś nie tylko zarobek, ale i swoją kobzę! - czyniła mu żona gorzkie wymówki.

Cóż było robić? Muzykant wziął kość, zaniósł do ogrodu i zakopał pod płotem. Ale gdy się obudził następnego ranka, ludzki piszczel znów wisiał na ścianie nad łóżkiem. Znów zdjął kość i poszedł zakopać daleko od swojego domostwa. Nazajutrz wszystko się powtórzyło. Zrozpaczony muzykant wziął kamień, przywiązał go do gnata i wrzucił do stawu. Na próżno.

Jopek zaczął dawać na mszę, ze zdwojoną uwagą czytał Pismo Święte. Nie pomagało. Każdego ranka kość wisiała znów nad jego łóżkiem.

Dopiero stary owczarz z Trzebnicy zdjął zły urok z muzykanta i pogrzebał diabelski instrument daleko w lesie.



Kobza (inaczej dudy, gajdy) jest starym instrumentem muzycznym. W Wielkopolsce grano na niej jeszcze w latach 60. XX w., a w Miliczu mieszkał przy ul. Kościuszki w l pan Mazur, który potrafił grać i wytwarzać te instrumenty. O popularności dud na Śląsku świadczy kamienna figura na wrocławskim ratuszu, przedstawiająca grającego na tym instrumencie. O kapelach kobziarzy pisał w 1704 r. J.K.Telemann, nadworny kapelmistrz hr. Promnitza w Żarach i Pszczynie. Echa ludowych motywów muzycznych znalazły się w jego dziełach - Koncercie Polskim i Polskich Sonatach Skrzypcowych.