Dawno, dawno temu w Miliczu znajdowały się dwie warownie. Ruiny większej stoją do dziś w parku, w pobliżu pałacu Maltzanów. Mniejszy i starszy gród położony był na Wzgórzu Chmielowym po drugiej stronie Baryczy, niedaleko Wszewilek. Obecnie jest tam tylko wzniesienie bez śladu ruin. W XIII w. w większym zamku rządy sprawował Jan Kordybóg w imieniu księcia Bolesława Rogatki. W mniejszym, drewnianym grodzie kasztelanem był rycerz Rychberg. Ten rządził z ramienia biskupa wrocławskiego. Milicz był wówczas podzielony między księcia i biskupa Wrocławia. Obydwaj kasztelani żyli w zgodzie i przyjaźni, czego dowodem podziemne przejście łączące oba zamki, przebiegające pod Baryczą.
Jan Kordybóg miał piękną siostrzenicę, którą przygarnął po śmierci rodziców. O Jadwigę - bo tak jej było na imię - ubiegało się wielu szlachetnie urodzonych, pomimo że była jeszcze dzieckiem. Wśród nich był rycerz słynący z nieprzebranych bogactw. Ojczym Jadwigi, zaślepiony złotem, przyrzekł jej rękę rycerzowi. Ale gdy po kilku latach dowiedział się, że szlachcic jest okrutnym tyranem, człowiekiem brutalnym i złym, cofnął dane słowo. Ten wziął sobie stratę pięknej wybranki do serca i chcąc się poprawić, postanowił wyruszyć do Ziemi Świętej - do Palestyny, a przed wyjazdem poprzysiągł śmierć każdemu, kto miałby się ożenić z Jadwigą.
Lata mijały. Z dziewczęcia wyrosła piękna kobieta. Nic dziwnego, że liczba chętnych do poślubienia jej ciągle się zwiększała.
Pewnego pięknego ranka do kasztelana Rychberga przybył krewny z Czech - rycerz Bożywoj Prorzecki, który uchodził za niezwyciężonego. Serce Jadwigi na jego widok zabiło mocniej. Zakochała się w nim od pierwszego wejrzenia - z wzajemnością. Wkrótce też zdecydowała się oddać mu swoją rękę, po czym ustanowiono datę ślubu.
Tylko jeden człowiek odradzał jej ze wszystkich sił zamążpójście - był nim kapelan kasztelana. Mnich ten przypominał dobitnymi słowami o przysiędze szlachcica, pierwszego zalotnika Jadwigi. Na próżno. Gdy przekonał się, jak bezowocne są jego przestrogi, przekupił obcego kupca, który miał się udać do Jadwigi. Ów handlarz obwieścił fałszywą wieść, że rycerz, dawny zalotnik Jadwigi umarł w Palestynie. W ostatniej godzinie swego życia miał ją przestrzec, by nie wychodziła za mąż, ale i to ostrzeżenie nie mogło odwieść pięknej szlachcianki od powziętego zamiaru.
I tak nadszedł wieczór poprzedzający ślubną ceremonię. Świętowano i bawiono się do późnej nocy w wesołym nastroju. Po zakończeniu uczty Bożywoj postanowił wrócić do zamku na Wzgórzu Chmielowym. Ale na dworze szalała wichura. Kapelan zaproponował, że przeprowadzi go przejściem podziemnym. Gdy byli już w połowie drogi, na rycerza rzucił się idący z tyłu obcy kupiec. Podczas gdy ten wiązał i kneblował Bożywoja, mnich wrócił do zamku i udał się do komnaty Jadwigi. Tutaj zdarł ze swojego oblicza maskę. Ukazała się pod nią twarz barona, jej pierwszego zalotnika.
W gniewnych słowach zwrócił się do Jadwigi: - Albo natychmiast pójdziesz ze mną do kaplicy zamkowej i mnie poślubisz, albo każę twojego narzeczonego włożyć do trumny i żywcem pogrzebać! Śmiertelnie przestraszona zaczęła wołać z całych sił o pomoc, jednakże jej krzyki były daremne. Okazało się, że fałszywy mnich dosypał środków usypiających do wina, którym raczono się na uczcie. Mieszkańcy całego zamku, nie wyłączając służby i straży, pogrążeni byli w głębokim śnie.
Jadwiga została zawleczona do kaplicy zamkowej, gdzie stał już ów kupiec przebrany za księdza. Pod przymusem zawarto związek małżeński. W chwilę po tym nowożeniec zaprowadził Jadwigę do jej komnaty. Tymczasem kasztelan Rychberg oczekiwał Bożywoja w mniejszym grodzie do późnej nocy. Wiedziony złym przeczuciem kazał wreszcie giermkom odszukać krewniaka. Ci wrócili wkrótce z wieściami, że nikogo nie znaleźli i że zastali bramy zamku szeroko otwarte a całą załogę pogrążoną w głębokim śnie.
Podejrzewając nieszczęście kasztelan zebrał straże i ruszył podziemnym przejściem do sąsiedniego grodu. Wyjście z lochu kończyło się w kaplicy zamkowej. Jakież było jego zdziwienie, gdy ujrzał kupca zajętego wkładaniem rycerza Bożywoja żywcem do trumny. Natychmiast uwolnił związanego i zakneblowanego nieszczęśnika, po czym pospieszył ze swą strażą do komnaty Jadwigi. Tu okropny widok ukazał się ich oczom: w kałuży krwi leżała nieżywa Jadwiga. Obok stał fałszywy mnich, dzierżąc w jednej ręce zakrwawiony sztylet, a w drugiej rozwiniętą rolkę pergaminu z pieczęcią i podpisem papieża Innocentego IV. Dokument ten udzielał z góry zupełnego odpustu za każdy grzeszny czyn popełniony przez szlachcica. Czynił go więc nietykalnym. Tym samym morderca opuścił Milicz nie niepokojony przez nikogo.
Gorzej natomiast powiodło się jego wspólnikowi - przekupionemu kupcowi. Włożono go do trumny przygotowanej dla Bożywoja i zamurowano żywcem pod murem zamkowym. Miejsce sprawiedliwej kary oznaczono granitową tablicą, która jeszcze długo potem wskazywała grób zdrajcy. Komnatę, w której zamordowano piękną pannę, przemalowano na czerwono, gdyż plamy krwi na ścianach, podłodze i suficie nie dawały się niczym zmyć.
Bożywoj, pogrążony w rozpaczy, porzucił rzemiosło rycerskie i później przyjął święcenia kapłańskie. Następnie został kapelanem na zamku kasztelana Kordyboga - wuja swej narzeczonej. Całą tę historię opisał na ścianie sali, w której zginęła z ręki mordercy jego ukochana. Po latach dokonał żywota, ale pamięć po tym strasznym czynie pozostała.
Wymieniony w bulli z 1136 r. Milicz stanowił siedzibę kasztelanii należącej do biskupa wrocławskiego. Jednak duże uprawnienia zachowali tu książęta, dlatego urzędowało w Miliczu dwóch kasztelanów. W 1290 r. Henryk IV Probus przyznał biskupstwu pełny immunitet sądowy i gospodarczy, a osada uzyskała prawa miejskie w 1312 r. W 1358 r. biskupstwo sprzedało Milicz i kasztelanię księciu oleśnickiemu Konradowi I. Przyczyną transakcji był brak dochodów z tych ziem. Dynastia oleśnicka przebudowała biskupią siedzibę, wymieniony w legendzie zamek, który pozostał w jej posiadaniu do 1492 r. Później zasiedlili go baronowie Kurzbachowie, a po nich Maltzanowie. Po pożarze w końcu XVIII w. zamek popadł w ruinę i stał się siedzibą manufaktury tkackiej oraz więzienia okręgowego.
O wspomnianym w legendzie papieżu Innocentym IV Piotr Skarga napisał: „Gdy już kacerstwo moc brało, papież Innocenjusz IV po wielu włoskich stronach inkwizytory czynił, ludzie i uczone, którzy by one parszywe owce przepierali prawdą a leczyli”. Działania inkwizycji wspierane przez tego papieża były tragiczne w skutkach dla innowierców.
Wracając do zamku - wykute w kamieniu herby szlacheckich rodzin, które nim władały zostały przeniesione w końcu XVIII w. i wmurowane w ściany pobliskiego pałacu Maltzanów, dzisiejszej siedziby Zespołu Szkół Leśnych. Można je tam zobaczyć jeszcze dziś.





