Niezależna Strona Milicza

  • Increase font size
  • Default font size
  • Decrease font size

Skarb rycerzy - rozbójników

Historia ta zdarzyła się w czasach, gdy po rycerzach - rabusiach pozostała już tylko legenda, ale krwawy blask ich zbójeckiego złota nadal przywodził do rozpaczy całe rzesze śmiałków gotowych zaryzykować życie w poszukiwaniu skarbów. Starzy ludzie powiadali, że kosztowności zrabowane kupcom i wędrowcom leżą gdzieś głęboko pod ziemią, czekając na tego, kto potrafi je odnaleźć i wydobyć w całkowitym milczeniu. Wielu zawadiaków z okolic Nowego Zamku - bo tam grasowali przed laty zakuci w stal okrutnicy - próbowało bezskutecznie szczęścia, ale żaden z nich nie powrócił z wyprawy w nieznane. Być może niektórzy z nich nigdy nie natrafili na krwawy skarb, a obawiając się sąsiedzkiej drwiny, woleli szukać swojej szansy gdzie indziej? Jedno było pewne - nadzieja na niebotyczną fortunę skutecznie tłumiła strach przed rycerską zemstą zza grobu.

Józef przywędrował w te strony niedawno. Miejscowi wiedzieli o nim tylko tyle, ile można wydobyć z mężczyzny o najmocniejszej w okolicy głowie. Na pewno wiedziano więc, że nie mogła mu się oprzeć żadna kobieta i żaden trunek. Przybysz zatrudnił się wkrótce jako pomocnik w stajniach pana Nowego Zamku. Widziano go często w miejscach, nad którymi górowały wiekowe dęby. Ludziom zdawało się, że czegoś szuka: wolno obchodził dookoła każde drzewo, sprawiając wrażenie, jakby chciał pokłonić się milczącemu świadkowi historii. Później jednak w karczmie nie próbował nawet odpowiadać na dociekliwe pytania, mierząc tylko zimnym wzrokiem rozgorączkowanego rozmówcę tak długo, aż temu powoli przechodziła ochota na rozszyfrowanie tajemnic duszy potężnego Bawarczyka. Niejeden z bywalców miejscowej karczmy zachodził bezskutecznie w głowę, po cóż niby przybył w te strony ów obcy milczący drab, skoro marzeniem wielu jest uciec stąd przed biedą jak najszybciej?

Pytanie to coraz okrutniej męczyło braci - Henryka i Antoniego - pracujących wspólnie z dziwnym wędrowcem. Wielokrotnie próbowali wypytywać go o to lub tamto, ale zawsze natrafiali na mur milczenia. Józef przyglądał się im bacznie, sprawiając wrażenie, jakby chciał pogruchotać ich warkoczący werbel żelazną pałką milczenia. Kiedy zrozumieli wreszcie, że nic nie wskórają, zaczęli milcząco przejmować dziwne zwyczaje Józefa. Trzeba przyznać, iż całą trójkę łączyło jakieś intrygujące dla postronnego obserwatora podobieństwo; kiedy tak siedzieli pospołu na trawie pod potężnym dębem, przypominali posturą kamienne głazy, które niegdyś ustawiano na znak nieszczęścia. Miejscowi zaczęli się bać... Pewnej nocy mieszkańców wsi poderwały ze snu straszliwe jęki. Strach zaczął zaglądać do oczu nie tylko bojaźliwych, ale i tych, którzy co rusz przechwalali się odwagą. Krzyki dochodziły ze strony wiekowego dębu rosnącego przy drodze. Na oczach przybyłej na miejsce dziwu gromady nowozamczan rozegrał się finał ponurego dramatu. U stóp drzewa pochylonego nad drogą niczym pogański druid leżał bez ducha Antoni, zaś zimny blask księżyca kładł się pieczęcią milczenia na miękką rozkopaną ziemię, która drgała jakby w śmiertelnej agonii.

Dopiero w kilka dni później, kiedy nieszczęsny Antoni przyszedł jako tako do zdrowia, opowiedział, co stało się tamtej nocy. Otóż Józef przybył do Nowego Zamku tylko po to, by odnaleźć legendarny skarb rycerzy-rabusiów. Wiedział, że uda się to tylko wtedy, gdy spełni ten tajemniczy warunek, o którym starzy ludzie mówili z niedowierzaniem, ale i okrutną powagą. Ani jednego słowa! Zdając sobie sprawę, że sam nie podoła zadaniu, przekonał do tego braci. Dobrze trafił, gdyż obaj złaknieni byli sławy, pieniędzy, a spośród wielu podobnych wyróżniali się iście kamiennym uporem i konsekwencją  .

Sprzyjała im noc; w świetle księżyca bez trudu trafili we właściwe miejsce. Pracowali kilka godzin bez wytchnienia, zmieniając się od czasu do czasu w wykopie. Jeden pozostawał na czatach. Wreszcie trud został nagrodzony - łopata Henryka uderzyła  o coś twardego. To mogła być tylko skrzynia. Jeszcze kilka chwil i śmiałkowie mogli uchylić potężne wieko...

Zdawało się, że w skrzyni ukryty był jeszcze jeden księżyc. Blask jaki uderzył z jamy przeraził Antoniego do tego stopnia, że nieszczęsny nie mógł opanować krzyku. Nagle ziemia zadrżała, a z wykopu doszedł stuk zamykającego się wieka. Antoni pamiętał jeszcze obraz przyjaciół błagalnie wznoszących kikuty rąk. Powoli osuwającą się ziemia skryła niedoszłych bohaterów. Miejsce, które miało przynieść szczęście, stało się ich grobem. Od tamtej pory nie słychać już, by ktokolwiek próbował odnaleźć krwawe złoto rycerzy - rabusiów z Nowego Zamku.



Nowy Zamek stanowił niegdyś siedzibę dominium należącego kolejno do Maltzanów, Reichenbachów i Hochbergów (do 1945 r.). Stał tu pałac zniszczony przez wojsko rosyjskie podczas wojny 7-letniej w XVIII w. Funkcjonował tam młyn wodny i browar, huta żelaza, w której wypalano rudę darniową, niewielka huta szkła oraz przetwórnia tytoniu, tzw. domy tabaczne.

W 2 poł. XVIII w. siedzibę wolnego państwa stanowego przeniesiono do Wierz¬chowic, gdzie Reichenbachowie rozbudowali pałac.
Rycerze-rozbójnicy (raubritterzy) byli plagą w państwach niemieckich. Na Śląsku działali między XIII a XV wiekiem. Trudnili się rozbojem i grabieniem podróżnych, a zwłaszcza kupców. Stąd stanowili ciągłe zagrożenie dla szlaków handlowych. Zjawisko to wiązało się zawsze ze słabą władzą monarchy i zubożeniem drobnego rycerstwa, które popadając w nędzę zaczynało rabować. Pojmanych spotykały okrutne kary cielesne i ścięcie. Tak skończyli Proczko z Gór Sowich i Garwolski z Sułowa.