Niezależna Strona Milicza

  • Increase font size
  • Default font size
  • Decrease font size

O chciwości i karze

Non militia sed malitia (nie waleczność lecz niegodziwość) - oceniał postępki wielu współczesnych sobie rycerzy autor anonimowego zapisu w starej kronice. Trudno mu się dziwić, skoro ani wędrowiec, ani kupiec tym bardziej nie miał w tamtych czasach pewności, czy dotrze szczęśliwie w miejsce przeznaczenia. Warowne grody, które miały strzec uczęszczanych szlaków, stały się siedzibami okrutnych rozbójników nie mających litości dla nikogo. Cnoty rycerskie poszły już dawno w zapomnienie, zastąpiła je naga żądza pieniędzy, kosztowności, łupów.

W pamięci ludu ziemi milickiej żywe były opowieści o grasujących tu bezlitosnych raubritterach: Garwolskim i Kośmiderze. Obu dosięgła w końcu sprawiedliwość i haniebnie zakończyli żywot pod toporem kata, ale pamięć o ich krwawych wyczynach jeszcze długo budziła grozę.

Na niewielkim wzniesieniu obok stawu Żabiniec stała niegdyś warownia rodu Kąśliców. Przed intruzami strzegła jej fosa oplatająca wężem mury grodziska. Rządził tu niepodzielnie pijak i hulaka, a przy tym zbój okrutny i nie znający litości ani dla mężczyzny, ani dla kobiety, ani dla dziecka. Złoto zatruło mu umysł do cna. W całej okolicy młody Kąślica budził strach. Nikt nie odważył się nawet zbliżyć do jego wilczej siedziby.

Łatwo więc wyobrazić sobie jaka radość zapanowała w jego dobrach, gdy pewnej burzliwej nocy gród spłonął od uderzenia pioruna, a pogorzelisko pochłonęła w dziwny sposób ziemia. Ludzie tłumaczyli to zjawisko karą boską. Duch okrutnika nie zaznał bynajmniej spokoju. Współcześni klęli się na wszystko co święte, że widzieli Kąślicę przemierzającego swe niegdysiejsze dobra w czterokonnym zaprzęgu. Sześć towarzyszących mu psów na pewno zrodziła siła nieczysta; piekielny ogień buchający z pysków świadczył o tym wymownie. Strach był tak powszechny, że gdy słyszano wrzaski, diabelski tętent i ujadanie ognistych bestii, zatrzaskiwano w popłochu okiennice, starając się w ten sposób uchronić przed czartowską mocą.

W miejscu, gdzie przed laty zapadł się zbójecki gród, powstała ogromna jama. Powiadano, że na jej dnie ukryte są ogromne wrota, strzegące dostępu do splamionych krwią skarbów Kąślicy...

Słoneczny dzień nie zapowiadał żadnej niespodzianki. Na łące nieopodal legendarnego miejsca wypasali krowy dwaj chłopcy - Piotr i Ryszard. Baraszkowali wesoło, nie zwracając uwagi na strzygące spokojnie trawę zwierzęta. Pochłonięci zabawą, która polegała na celnym rzucie czapką do rozpadliny, która kojarzyła się im bardziej z rozdziawioną smoczą paszczą, aniżeli z jakąś warownią czy grodziskiem.

W pewnej chwili Ryszard podskoczył radośnie - jego czapka trafiła bezbłędnie w jamę. W myśl umowy przegrany musiał wydobyć nakrycie głowy. Piotr zsunął się szybko po miękkiej ziemi. Ze zdziwieniem stwierdził, że na dnie nie ma czapki. Nagle poczuł dziwny szmer. Strach zmroził go do szpiku kości. Przy nim stał odziany w   kolczugę potężny mężczyzna. Chłopiec zdjęty lękiem nie potrafił wydobyć z siebie jednego słowa, za to zjawa odezwała się do niego pytając, czego tu szuka. - Czapki - wyjąkał przerażony wyrostek. Nieznajomy skinął na chłopca, by ten ruszył za nim. Weszli do ogromnej izby. Na środku leżała nieszczęsna czapka, ale tuż przy niej szczerzyło kły ogromne psisko. Zdawało się, że tylko czeka na znak swego pana, by zatopić kły w ciele intruza.

- Na co czekasz? Weź swoją własność - odezwała się zjawa. Piotr przełamał strach, schylił się i szybko poderwał  z ziemi myckę. O dziwo, bestia nie zareagowała, wodząc tylko bacznie za Piotrem przekrwionymi ślepiami.

- Weź sobie tyle złota, ile zmieścisz w czapce - odezwał się znowu tajemniczy mężczyzna, wskazując ukryty w cieniu kufer. Ośmielony tym zapewnieniem wyrostek podszedł do skrzyni, podniósł ciężkie wieko i oniemiał z zachwytu. Zanurzył czapkę w kosztownościach, starając się nie uronić ani odrobiny skarbu. Po chwili w dziwny sposób znalazł się u wylotu jamy. Z trudem wydobył się na powierzchnie, by tam z dumą pokazać Ryszardowi wspaniałe znalezisko. Nie mógł oprzeć się dociekliwości kolegi - opowiedział mu ze szczegółami całe zdarzenie. Ten bez namysłu zerwał swą czapkę z głowy i cisnął ją z impetem w głąb ziejącej czernią jamy.

Piotr nie kłamał. Oto piekielna bestia i tylko krok ku bogactwu... Lecz gdy tylko chłopiec schylił się po swą własność, pies rzucił się na niego z dzikim ujadaniem i w jednej chwili rozszarpał na strzępy.

Piotr czuwający u wylotu rozpadliny usłyszał straszliwy jęk, skowyt i mrożący krew w żyłach diabelski chichot. Swego kompana nigdy już więcej nie ujrzał. Chciwy duch Kąślicy porwał jego duszę w zaświaty.